niedziela, 23 października 2011

Twożywo językowe

Twożywo, dawniej Pinokio, powstało w 1995 roku i – jak czytamy na stronie grupy – specjalizuje się w muralach, billboardach, plakatach, naklejkach, projektach netartowych i felietonach w prasie. Od 1998 roku Grupa Twożywo to Mariusz Libel i Krzysztof Sidorek; od zawsze Grupa Twożywo to grafonomicznie (graficznie i fonologicznie zarazem) ulokowane gry słowne: świetne grafiki, często oparte na paranomazjach, nierzadko w przewrotny sposób odwołujące się do politycznego i społecznego pustosłowia, które, bez Twożywa, bezmyślnie (two)żulibyśmy, zamiast – jak teraz, dzięki niemu – na nowo interpretować rzeczywistość. 
Właściwie esej o Twożywie musiałby powtórzyć wiele wątków, które już przewinęły się przez łamy tego blogu. Po pierwsze należałoby wrócić do semantycznych skoków pomiędzy elementami podobnymi formalnie a – pozornie – niepowiązanymi znaczeniowo. W efekcie takich ewolucji, elementy o których mowa wydobywają z siebie nawzajem nieodkrytą dotąd treść. Oznacza to rewizytę w semantycznym limbo (kolejny opisany wcześniej fenomen), którego doświadczamy nie tyle skacząc z kamienia na kamień w poprzek rzeki skojarzeń, ile wahadłowym ruchem poruszając się między nimi, to tu, to tam, za-każdym-razem odkrywając nowy półcień ćwirćznaczenia każdego z nich, zawieszenie pośród wszystkich tych interpretacji jednocześnie i  kontemplowanie ich syn-estetyki. Fakt, iż Twożywu przypisuje się również autorstwo Vlepek, których pierwszymi autorami byli lubujący się w opisanych wyżej zestawieniach dadaiści, jest tu znakomitym dopełnieniem obrazu. Idąc za poznawczym ciosem, otrzemy się o blending (amalgamat pojęciowy), bo efekt, jaki ostatecznie każda grafonomika wywiera na odbiorcy to summa wrażeń cząstkowych, z ocierania się o poszczególne elementy pochodzących, scalonych w impresję końcową, którą da się do pewnego stopnia analizować, ale która pozostawia po sobie, jak osad, pewną dozę wittgensteinowskiego patrzę-nie-myślę; nie przypadkiem blendem – formalnym i pojęciowym – jest sama nazwa grupy. Wszystko to sprawia, że każda praca Twożywa jest jak wierzchołek góry lodowej – minimalistyczny w sumie bodziec do głębi przemyśleń – a przez to stanowi najlepszą wizytówkę języka i, de facto, jego apoteozę.

Moje prywatne nominacje do Zachwytów dla Twożywa:
·         Gwarszawa szum wrzawa, za kompozycję niewiele-powiedziałem-a-tak-wiele-powiedziałem; i za elementy parajęzykowo-projęzykowe:


·          Dźwjęk buduje atmosferę, za atmosferę, za dźwig, za jęk, za budowę – wszystko w jednym:
·         Tramwaje, za tramatopeje, tramwajową traumą treściwe:
·         oraz Grand Prix dla Ucz, za schematyczne, acz pełne treści poUCZenie, czym być powinna – i czym nie – edukacja:

sobota, 22 października 2011

Skąd się biorą słowa

Esej będący próbą odpowiedzi na postawione w tytule pytanie należy do kategorii „za ciosem”. Inspiracją dla niego stała się bohaterka wpisu poprzedniego – Katarzyna Kłosińska – a raczej książka jej autorstwa pod tytułem, jak w nagłówku.
Skąd się biorą słowa to zbiór krótkich felietonów, publikowany oryginalnie w III programie Polskiego Radia, który z czasem ukazał się drukiem. Całość – o znamiennej organizacji prezentowanego materiału: pochodzenie słów wyjaśnia Autorka w porządku od stworzenia świata poprzez ludzkie dole i niedole, do spraw najmniejszych – opowiada o pochodzeniu i semantycznej ewolucji słów. W dużym skrócie: dziedziczymy je z języków-przodków, z praindoeuropejskiego, prasłowiańskiego, greki lub łaciny; rozszerzamy i zawężamy istniejące znaczenia; pożyczamy: z innych języków lub – przy określeniach przedmiotów, zjawisk i osób – od twórców/producentów tych pierwszych, odkrywców tych drugich czy postaci literackich posiadających pewne cechy tych ostatnich; w końcu słowa tworzymy, rzadko od zera, a częściej z istniejących prefabrykatów.
Słowa z pierwszej kategorii – te po wspólnych z innymi językami przodkach – rozpoznajemy po podobieństwie rodzinnym. Należą do nich na przykład rzeka (oraz river, rivière, rivus; wszystkie pochodzące od praindoeuropejskiego rdzenia *ri oznaczającego płynąć, bo wszak panta rei) czy brat i siostra (też praindoeuropejskie i też widoczne w innych językach, nawet tych od polskiego odległych[1]). Z kolei najciekawsze rozszerzone/zawężone znaczenia opisane przez Kłosińską to: kochać, którego przodek znaczył dotykać; piwo, które początkowo znaczyło coś (=cokolwiek) do picia; czy pochodząca od piwa piwnica, oryginalnie służąca do przechowywania wyłącznie gorzelnianych produktów. Do tej samej kategorii dopiszę wstyd, którego znaczenie musiało być przedmiotem wielu drobnych przesunięć semantycznych, bo jest to – jak pisze Kłosińska – słowo pochodzące z tego samego rdzenia co stygnąć. Oznacza to, iż uczucie zażenowania doświadczane przez naszych przodków musiało być nieco odmiennej natury niż to, które każe nam dziś płonąć/palić się czy spiekać raka. Interesującym zjawiskiem są też tzw. dublety: dwa podobne formalnie słowa na określenie tego samego zjawiska. Takie dwojaki oszczędna polszczyzna dwojako zagospodarowywała – jedna forma zostawała „przy swoim”, druga przesuwała się znaczeniowo, jak w przypadku pękać/ pukać (początkowo oba znaczył pękać) czy chęć/chuć (oba oryginalnie neutralne znaczeniowo). Innego rodzaju dublety to słowa podobnie brzmiące a odmienne znaczeniowo – na przykład skrowny (=cichy) i  skromny (=osobny) – z których jedno z czasem wyszło z użycia, oddając drugiemu swoje znaczenie. W kategorii trzeciej – zapożyczeń – za jedno z ciekawszych uznałam gmach, ze względu na interesującą drogę semantycznych zmian, jaką pokonał: tak samo jak polski pokój, niemiecki Gemach ewoluował od spokoju do miejsca gdzie można spokojnie odpocząć. Pożyczony, zaczął karierę w polszczyźnie od określania kondygnacji, aż stał się określeniem na budynek o wielu kondygnacjach. Intrygujące pożyczki nawiązujące do twórców, producentów, postaci literackich to: gadżet od Gautiera Gageta, twórcy pamiątkowej wieży Eiffle’a; nikotyna  od francuskiego dyplomaty i propagatora palenia Jeana Nicota, lowelas od Roberta Lovelace’a, bohatera Samuela Richardsona; czy dzierżymorda z Gogola.
Ostatnią grupę – słowa, które tworzymy łącząc elementy istniejące autonomicznie – zostawiłam na koniec, ponieważ powstały one na drodze bardzo zajmującego procesu językowego, który chcę opisać szerzej. Leksykalizacja, bo o niej mowa, jest przykładem zmiany w języku, w wyniku której zanika łączność semantyczna między słowem lub całym wyrażeniem (najczęściej idiomem) a znaczeniami jego morfemów/słów składowych (w efekcie np.: słowo narzeczony traktujemy jako rzeczownik, a nie jako imiesłów i  nie łączymy jego znaczenia ze słowem obiecany, przyrzeczony, na które wskazuje rdzeń świadczący o pochodzeniu narzeczonego - i przyrzeczonego - od czasownika rzec). W takich przypadkach odpowiedź na pytanie „Skąd się biorą słowa” często wymaga procesu odwrotnego od tego, który słowo uformował, czyli deleksykalizacji. Przykładów dociekań etymologicznych tego typu jest u Katarzyny Kłosińskiej wiele. Na przykład, dowiadujemy się, że morfologicznie słowo popiół to „pochodzący ze spalania”, bo będący połączeniem przedrostka po- z morfemem ­pel, oznaczającym palić. Z kolei wspaniały wyderywowało od rzeczownika pan, poprzez czasownik panieć (=stawać się jak pan), aż do opatrzonego przedrostkiem imiesłowu wspaniały.  Powoli zaś to oryginalnie „według woli” (z założeniem, że wszyscy wolimy bez presji, bez pośpiechu).
Deleksykalizacja, dotycząca słów lub całych, często idiomatycznych, wyrażeń jest nie tylko sposobem odczytywania znaczeń, ale też źródłem humoru, toteż wiele przykładów znajdziemy w kabarecie i w reklamie (ostatnio popularna: SIŁA ODRUCHU > SIŁA OD RUCHU), gdzie celem jest rozbawienie czy zaintrygowanie odbiorcy. Warto wspomnieć również, że czasem – we wspomnianych wyżej obszarach aktywności językowej oraz, a może przede wszystkim, w poezji – mamy do czynienia z deleksykalizacją fałszywą, która jest grą słów stanowiącą popis możliwości nadawcy służącą przyjemności intelektualnej odbiorcy, ze szczególnym uwzględnieniem świeżego spojrzenia na język, jego formy i ich znaczenie, a także na nadawanie tym znaczeń nowych, niewyświechtanych odcieni. Ze szczególnie udanych przykładów przychodzi do głowy Barańczaka „że to nami, / żetonami, gra się w tę grę”[2], gry słowne poetów-lingwistów (do poczytania w jednym z wcześniejszych wpisów) oraz fałszywa deleksykalizacja angielskiego intimidating (rodowód: timid = potulny → intimidate = onieśmielić → intimidating = onieśmielający) jako intimi (od intimate = intymny) plus dating (= randkowanie), która semantycznie gładko wpada w ucho każdemu, kto wie, jak onieśmielające bywają intymne spotkania. Autorem przytoczonej pseudo-deleksykalizacji jest mój wybitny kolega Przemek, którego wyczyn, obok ksiązki Katarzyny Kłosińskiej, stał się bodźcem do zaprezentowanej wyżej refleksji o języku.


[1] ang.: brother and sister; niem.: Bruder und Schwester
[2] Stanisław Barańczak, Co jest grane (w: Ja wiem, że to niesłuszne. Paryż, 1977)

czwartek, 29 września 2011

O języku con amore (4): Katarzyna Kłosińska

Ci, których język zachwyca, bywają zapraszani przez media do prowadzenia programów popularyzujących język jako zjawisko oraz budujących i utrwalających kulturę języka polskiego, który jest naszym dobrem i który powinniśmy hołubić. Najbardziej znane z tych, które przewinęły się przez łamy i anteny są „Ojczyzna-polszczyzna” Jana Miodka oraz „Mówi się” Jerzego Bralczyka[1], przy czym ten drugi zasiadał również w jury programu „Mistrz mowy polskiej”. Lokomotywami obu audycji byli prowadzący, niewątpliwi znawcy języka, ale też pasjonaci, gawędziarze, znakomici i dowcipni mówcy. Kryteria te – fachowości i giętkości języka – spełnia także bohaterka niniejszego wpisu, Katarzyna Kłosińska.
Dr Katarzyna Kłosińska, językoznawca, sekretarz Rady Języka Polskiego, prowadzi na antenie radiowej „Trójki” audycję „Co w mowie piszczy”. Jak można przeczytać na odnośnej stronie Polskiego Radia, jest to program o „naszym języku – o jego historii, współczesności, poprawności, zawiłościach, ciekawostkach, a przede wszystkim o naszym do niego stosunku.” Z uznaniem dla merytorycznej zawartości kolejnych edycji „Co w mowie …”, skoncentruję się na „naszym do [języka] stosunku”, ponieważ ten aspekt rzeczonej audycji – czyli nie tyle to, co Katarzyna Kłosińska mówi, ale jak komponuje i prezentuje wypowiedź – wysunie się na plan pierwszy w moich rozważaniach. Bo Katarzyna Kłosińska mówi z dużą dbałością o formę wypowiedzi, pieczołowicie planując całość i dobierając słowa. Dzieje się tak zapewne, bo jak sama powiada w jednym z wywiadów, „kryje się [za tym] potrzeba chronienia tego, co dla nas ważne. Dbamy o język, bo uważamy go za – przepraszam za patos – wartość narodową”[2].
Pieczołowitość jako cecha podziwiana pojawiła się już raz na łamach tego blogu w eseju o Annie Wierzbickiej i jej językowi szaliczka poprawianiu. Fakt, że wraca, może świadczyć o mojej własnej obsesji na tym punkcie: jest we mnie, osobie roztargnionej i niepanującej nad bałaganem, podziw dla tych wszystkich rąk, co pieczołowicie, w spokojny i celowy sposób[3] składają ściereczki i sweterki, podziw, pod którym kryje się zapewne tęsknota za równo poukładanym życiem, zwłaszcza tym umysłowym, czyli za dyscypliną intelektualną.  Zanim osiągnę własną, lubuję się w cudzej, a doświadczeń wartych opisania dostarcza mi w tej dziedzinie „Co w mowie piszczy”. W każdej audio-refleksji wygłaszanej w ramach tej audycji Katarzyna Kłosińska mówi tak, jakby pisała: wypowiedź jest dobrze zaplanowana, spójna: wewnątrz każdego akapitu i w sposób logiczny łącząca poszczególne części w jedną całość; środki wyrazu dobrane są tak, aby uniknąć powtórzeń; a na końcu zawsze pojawia się zgrabna puenta.
Nie wykluczam, iż – a nawet przypuszczam, że jak najbardziej tak właśnie jest – Katarzyna Kłosińska mówi jakby pisała właśnie dlatego, że każdy taki słowny mini-felieton jest wcześniej przygotowany pisemnie, dopracowany i wielokrotnie poprawiony, a nagranie jest z tzw. „puszki”: zarejestrowane nie „na żywo” – gdzie trema wygrywa czasem z pieczołowitością wypowiedzi – ale na długo przed programem i po prostu odtwarzane na antenie. Fakt ten nie zmienia mojego zachwytu dla pieczołowitości wypowiedzi Kłosińskiej. Skłania mnie natomiast do refleksji nad rolą pisania w pięknym mówieniu. Jeśli bowiem chce się zabłysnąć oratorsko – również publicznie – trzeba pisać.
Dobry mówca musi oczywiście posiąść wiele innych umiejętności składowych. Oprócz tego, że pożądanym jest, aby – przede wszystkim, jak sądzę – miał coś ciekawego do powiedzenia, powinien: umieć uporać się z tremą; mieć jakie takie pojęcia o zasadach emisji głosu; panować nad przykrymi dla ucha manieryzmami, takimi dość powszechne y-kanie (lub a-kanie u tych, którzy udają anglojęzycznych); dużo czytać, bogacąc swoje zasoby językowe; etc. Niemniej, powinien również (o czym była mowa wyżej) dużo pisać, bo to pisanie właśnie ma szansę przydać pieczołowitości (ale też i płynności, i swady) temu, co mówimy.  
Rola pisania jest nie do ocenienia w porządkowaniu myśli, ponieważ – przeciwieństwie do popisów oratorskich, które odbywać się muszą w czasie rzeczywistym – praca pióra nie poddaje się presji czasu i ograniczonych zasobów poznawczych. Dzięki temu możemy naszym myślom dać próbę głosu; wsłuchać się, bez pośpiechu, w ich brzmienie; obrócić każdą myśl w palcach naszego umysłu, odłożyć na chwilę, dotknąć poznawczo innej myśli i – jeśli chcemy – wrócić do tej pierwszej. Możemy te myśli łączyć i rozłączać; i jeszcze doszlifować, tym razem w tandemie. Możemy także nadać naszym refleksjom odpowiednią formę; popracować nad formy tej kunsztem; wyrugować niedoskonałości brzmienia. Praca na obu poziomach pieczołowitości – tym związanym z treścią i tym odpowiedzialnym za formę – służy nam jako mówcom. Nasze myśli nabierają kształtu, zapisane stają się lepiej uchwytne, a dopracowana forma zapada w pamięć, bo litera scripta manet. Mówiąc o formie mam na myśli tak skalę mikro – wyrażenia rzadko używane, a przywołane na papier i w ten sposób utrwalone jako środek wyrazu pewnej konkretnej myśli – jak i poziom makro – strukturę całej wypowiedzi, środki stylistyczne, używane do jej porządkowania wewnętrznego oraz do łączenia tego, co już było z ciągiem dalszym; wyrażenia, struktury i łączniki stylistyczne, które – zapisane – zapadają nam w pamięć.
Dlatego piszmy jak najwięcej, abyśmy mogli zawsze powiedzieć to co chcemy i jak chcemy. Jak Katarzyna Kłosińska, której felietony o języku gorąco polecam.


[1] Blog o języku prof. Jerzego Bralczyka do pooglądania TUTAJ
[2] http://wyborcza.pl/1,75478,10261382,_Czy_mozna_juz_mowic_poszlem__.html; stamtąd też pochodzi zdjęcie.
[3] Moja matka, moja teściowa, Gosia, Gosia i Bożena – lubię patrzeć, jak składają.

Wpis dedykuję mojemu Synowi, który mówi, jakby pisał. W czasie rzeczywistym. ;-)

niedziela, 18 września 2011

Dlaczego nie chcę być filolożką

W języku znaczenie mają wszystkie jego formy, od pojedynczych morfemów do całych wypowiedzi. Oczywiście część form z czasem może zostać z pierwotnego sensu (sensów składowych) wybielona, jak polska piwnica (wcale już nie miejsce przechowywania piwa, w każdym razie nie wyłącznie) czy angielskie breakfast (że to złamanie [całonocnego] postu [break=złamać; fast=post] „przypomnieli sobie” czytelnicy George’a R.R. Martina), ale semantyka zdecydowanej większości struktur małych i dużych towarzyszy im, nawet jeśli wyczuwamy ją tylko podskórnie. 
Co oznacza owo podskórnie wyczuwanie znaczenia i kiedy mamy do czynienia z taką sytuacją, kiedy czujemy – raczej niż wiemy – semantykę formy?
W przypadku morfemów, które często występują zarówno w złożeniach jak samodzielnie (dotyczy morfemów leksykalnych), wyodrębnienie danej formy (nawet gdy występuje ona w złożeniu) jest dość proste, a jej połączenie ze znaczeniem – raczej nie budzi wątpliwości. Na przykład semantyka przyimka ­przy ­– który jest autonomicznym i dość popularnym słowem – towarzyszy mu we wszelkich prefiksalnych formacjach dewerbalnych czyli we wszystkich sytuacjach, kiedy przy- (przyrostek) przyłączamy do czasownika. Pisałam o tym w poprzednim eseju.
Prefiksy – właśnie ze względu na przyimkową proweniencję – są pod tym względem uprzywilejowane. Odrobinę inaczej rzecz ma się z przyrostkami, bo cząstki słowotwórcze biorące udział w formacjach sufiksalnych nie funkcjonują jako autonomiczne słowa. Są morfemami gramatycznymi słowotwórczymi[1], których zadania to: zmiana kategorii gramatycznej słowa (i, co za tym idzie, jego funkcji znaczeniowej); zdrobnienie lub zgrubienie; oraz różnego rodzaju nacechowanie. Dodatkowo, w przeciwieństwie do przedrostków, których liczba jest ograniczona i które dość łatwo usystematyzować na podstawie właściwych związków forma-znaczenie, przyrostki spełniające każde z wymienionych wyżej zadań są bardzo liczne i stosowane nieregularnie. Na przykład zdrobnienia – w tym nazwy istot młodych – tworzymy za pomocą cząstek -ik, -yk, -ek, -ak, -eczek, -aczek, -iczyk, -ulek, -inek, -ę czy -ątko.  Sporo, nawet bez zdrobnień rodzaju żeńskiego, a do tego reguły, które rządzą doborem końcówki do konkretnego czasownika są skomplikowane i mają wyjątki, toteż przeciętny użytkownik języka kojarzy te morfemy raczej z faktycznym użyciem (konik/balonik/filmik, pajacyk/placyk/rydzyk, piesek/kotek/domek itd.) niż z konkretną zasadą gramatyczną. Właśnie nieumiejętność zwerbalizowania zasady rządzącej połączeniem forma-znaczenie – lub zwyczajnie jej brak – powodują, że przyrostek „ciągnie za sobą” znaczeniowo całą – większą lub mniejszą – grupę słów tworzonych z jego udziałem. Grupę, która jako pewien gestalt jest źródłem znaczenia przyrostka. A ponieważ gestalty odczuwamy raczej niż świadomie analizujemy i werbalizujemy, użyłam w odniesieniu do semantyki przyrostka określenia „podskórne” (bo nie-łatwo-uchwytne).
Przykładem (dość już leciwym, ale powszechnie znanym, toteż zacytuję) innowacji, przy której na pierwszy rzut ucha wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z neologizmem nacechowanym negatywnie, był słynny Dornowski wykształciuch. Wiemy, że to określenie pejoratywne, bo przywołuje, przez analogię, kłamczucha, flejtucha, pastucha, starucha czy komucha. Ktoś powie, że istnieje reguła mówiąca, że -uch to przyrostek stosowany w ekspresywach o zabarwieniu negatywnym. To prawda, ale przypadków użycia jest tak mało, że powinniśmy raczej mówić o wzorcu małego zasięgu, a nie o zasadzie gramatycznej. Poza tym możemy zapytać, negatywny, ale jak? I tu odpowiedź oparta jest już wyłącznie na znaczeniu cytowanych innych derywatów, bo w znaczeniu wykształciucha – wykształconego, a mimo to charakteryzującego się brakiem dbałości o wartości istotne dla polityka-słowodawcy – są i pastuch i flejtuch i staruch, których wyobrażamy sobie w stroju raczej niedbałym, i leniuch, który nie dba o nic, nie tylko o wygląd zewnętrzny. Na próbę zastanówmy się, co byłoby, gdyby cytowany polityk zdecydował się mówić o wykształciakach lub wykształcinach. Instynktownie (podskórnie?) czujemy, że pierwsze sugerowałoby plebejskie pochodzenie wykształconego lub jego cwaniactwo, a drugie jego mizerną kondycję (zapewne intelektualną). W pierwszym przypadku odczytujemy znaczenie neologizmu przez analogię do waciaka, Walendziaka czy Warszawiaka (nie wystarczy nam wiedza, że przyrostek –ak służy do mówienia z niechęcią o dziecku [dzieciak]); dla wykształciny, oprócz człowieczyny czy biedaczyny (współczucie), przywołamy chudzinę (niedobór) i dziecinę (zdrobnienie, często oznaczające protekcjonalny stosunek mówiącego).
Taka semantyka podskórna idąca za przyrostkiem sprawia, że – mimo przekonania, iż należy walczyć z wszelkimi przejawami dyskryminacji, również w języku – nie dam się przekonać do derywacji sufiksalnej dla żeńskich odpowiedników zawodów i funkcji. Po pierwsze, wszelkie popularyzowane ostatnio -k-pochodne – filolożka, psycholożka, adwokatka, kierowniczka itd. – nieodparcie sugerują deminutywa i, co za tym idzie, tworzą wrażenie, że określane przez nie osoby są małe i że można je potraktować z góry (Ludwiku Dornie, Sabo i wy, siostry-feministki, nie idźcie tą drogą). Do tego wszystkiego dochodzą analogie oparte na paronomazji lub warunkowane przez związki frazeologiczne, w które wchodzą słowa. W efekcie  filolożka i psycholożka nieodparcie kojarzą mi się z papużką, przywodząc na myśl ptasi móżdżek, a kierowniczka, przez popularność użycia w pewnym określonym kontekście, będzie zawsze z mięsnego. Dlatego właśnie – uciekając przed semantyką przyrostków, które mogą wiele – wolę formant paradygmatyczny (O zabranie głosu poproszono obecną na sali dyrektor instytutu), gdzie płeć osoby, o której mowa jest sygnalizowana, ale wyłącznie nieodmiennością opisującego ją rzeczownika.


[1] W odróżnieniu od morfemów gramatycznych fleksyjnych, których zadaniem jest informowanie o funkcji składniowej tworzonego wyrazu.

środa, 7 września 2011

Potęga przedrostka

Pozycja, której chcę poświęcić dzisiejszy wpis ukazała się w kwietniu tego roku, więc trudno uznać, że temat jest pierwszej aktualności. Niemniej, zagadnienie jest na tyle interesujące, że zdecydowałam się odkurzyć kwestię odłożoną ad acta z powodu urlopu. Słownik polszczyzny rzeczywistej[1] – bo to o nim mowa – jest dziełem zbiorowym[2], które wyszło spod pióra janKomunikanta czyli Michaela Fleischera, Michała Grecha, Piotra Fąki, Moniki Bednorz, Annette Siemes i Mariusza Wszołka. Dziełem poświęconym polskim wulgaryzmom.
Zanim przejdę do omówienia Słownika, muszę wyznać, że – podobnie jak w przypadku smutków polonistów (Czy język nas zasmuca – Kongres Języka Polskiego) – wulgaryzmy budzą we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, jako osoba wychowywana przez matkę polonistkę w dużej kulturze języka (w domu rodzinnym zabronione było nawet eufemistyczne „kurczę”), odruchowo wzdragam się wobec większości przypadków użycia brzydkich słów[3]. Z drugiej strony, jako osoba, którą zachwyca język jako zjawisko, nie mogę wyjść z podziwu nad polszczyzną „rzeczywistą”: nad różnorodnością jej znaczeń i plastycznością poszczególnych słów. I myślę, że wulgaryzm jest jedną z lepszych wizytówek języka jako systemu, jego potęgi i urody. Widać to doskonale w Słowniku JanKomunikanta.
–"Kurwa", "chuj", "jebać", "pierdolić", tymi słowami można powiedzieć już wszystko – stwierdza w wywiadzie dla Gazety Wyborczej jeden z autorów dzieła Piotr Fąka. To "wszystko w czterech słowach" wystarczyło na słownik, ponieważ badacze zidentyfikowali kilkaset lub nawet kilka tysięcy znaczeń 4 słów, użytych w różnych konfiguracjach i funkcjach językowych. Wymienione liczby brzmią imponująco. Niemniej, najbardziej zachwycająca jest odpowiedź na pytanie: Jak to możliwe? Jak możliwe jest wygenerowanie setek polisemicznych słów z czterech wulgarnych bezokoliczników? Odpowiedź ta brzmi: morfologia, ze szczególnym uwzględnieniem afiksacji.
Zachwytów nad słowotwórstwem było na łamach tego blogu bez liku. Rozważałam różnego rodzaju innowacje, słowotwórcze kontaminacje i siłę wzorców deklinacyjnych/koniugacyjnych w kodowaniu i odczytywaniu znaczeń. Dziś pora na „p jak przedrostek”,  zachwyt, w którym nie jestem osamotniona. W książce Laury Sokol-Klos p.t.: Shortcut to Poland – której autorka, Amerykanka w Polsce, prowadzi nas po drogach i bezdrożach egzotycznych dla siebie języka i kultury – jeden z rozdziałów stanowi apoteozę polskiego przedrostka. „Polszczyzna doczepia przyrostki do wszystkiego, z wyjątkiem może mebli”, pisze Sokol-Klos i zaraz przyznaje, z pokorą i admiracją, że, jeśli mowa o języku „rzeczywistym”, to polski przedrostek sprawia, iż angielskie f***, choć samo elastyczne i z dużym słowotwórczym potencjałem, może polskim wulgaryzmom buty czyścić.
Skąd bierze się potęga przedrostka? Nie bez znaczenia jest fakt, że polskie przedrostki – w-, na-, pod-, za-, od-, do-, i inne – są formalnymi odpowiednikami przyimków i, w związku z tym, dziedziczą ich bogate i różnorodne znaczenia[4]. Dla przykładu, prefiksalne formacje dewerbalne, czyli czasowniki utworzone od form podstawowych za pomocą przedrostków, będą miały dodane (do semantyki podstawy) następujące, od tych przyimków pochodzące, znaczenia (wybór, za Przybylską 2006):
DO- → zbliżenie do x; zakończenie czynności; czynność dodatkową
NA- → działanie na powierzchnię x; ruch w nieokreślonym bliżej kierunku; intensywność czynności; znaczenie ilościowe; napełnienie; nasycenie;  ruch do wnętrza
POD(E)- → zbliżenie do lokalizatora x;  małą efektywność akcji;  działanie pod powierzchnią x;  znaczenie: ‘skłonić kogoś do czegoś, podporządkować sobie kogoś, zrobić coś ukradkiem’; ruch do góry
ZA- → zbliżenie do x; znaczenie: ‘zakryć, zapełnić, zasłonić, zatkać czymś’;  początek czynności;  akcja momentalna; intensywność akcji; znaczenie: ‘zabić, zamordować, zniszczyć’; znaczenie: końcowa faza akcja, skutek

W efekcie, np. wychodząc od jednego tylko słowa pierdolić otrzymamy to, czym zachwyca się Amerykanka w Polsce: zapierdolić = ukraść; podpierdolić = ukraść podstępnie; napierdolić (ziemniaków) = nałożyć czegoś (na talerz) ponad miarę czy napierdolić farmazonów = naopowiadać do znudzenia (ilością farmazonów). 

Oczywiście swoją semantykę mają także przyrostki … Ale o nich w zupełnie innym wpisie.


[1] JanKomunikant, Słownik polszczyzny rzeczywistej, Primum Verbum, Łódź 2011 
[3] większości – nie wszystkich – ponieważ są ludzie, w których ustach wulgaryzmy brzmią uroczo (uściski dla Tomaszka).
[4] Semantyka polskich przyimków i prefiksów jest dość dobrze zbadana i opisana, między innymi przez Renatę Przybylską w następujących książkach: Polisemia przyimków polskich w świetle semantyki kognitywnej . Kraków: Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych "Universitas", 2002. oraz Schematy wyobrażeniowe a semantyka polskich prefiksów czasownikowych do-, od-, prze-, roz-, u. Kraków: Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych "Universitas",  2006.

niedziela, 19 czerwca 2011

Mondegreeny albo poszukiwanie sensu w chaosie



Marnypopis: Lew nie sprzymierza się z kojotem.
Numernabis: Nie, bo ja usłyszałem „Letnie kołnierze z polotem”, ale nie leżało mi w kontekście.

Powyższy dialog, pochodzący z fimu Asterix i Obelix. Misja Kleopatra (patrz klip, 3:48-4:05)  jest przykładem dość popularnego w języku zjawiska określanego z angielska terminem mondegreen, przez wzgląd na anegdotę opowiedzianą w 1954 w magazynie Harper’s przez Sylwię Wright. Autorka wspomina, że jako dziecko, słuchała czytanej przez matkę szkockiej ballady The Bonny Earl O'Murray[1], której wersy: They have slain the Earl O' Moray / And layd him on the green[2] słyszała jako They have slain the Earl O' Moray / And Lady Modegreen[3].
Mondegreen, wynikający z niezrozumienia (części) wypowiedzi oryginalnej, polega na usensowieniu tego, co ostatecznie usłyszeliśmy poprzez uzupełnienie o charakterze homonimicznym (nasza wersja brzmi identycznie z wyjściową) lub homonimiczno-twórczym (kiedy w sposób kreatywny rozwijamy oryginał przeinaczając go lub dodając nowe elementy). W pierwszym przypadku otrzymujemy na przykład Naród niewierny / trwoży się, przestrasza / Nacudjo nasza! (babcia nie potrafiła mi wytłumaczyć, co to jest nacudja) lub Niemało cierpiał, niemało / żeśmy byli winnisami (kto to jest winnis?). Twórcze rozwinięcia niezrozumianych/niezrozumiałych wypowiedzi owocują takimi mondegreenami, jak[4] Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną / Do tych ogórków leśnych ... czy Na niebie obłoki / bo psiakrew pełno bzu ... lub ten wyżej, cytowany z filmu.
         Doszukiwanie się znaczeń tam, gdzie ich nie ma lub zgubiły się w przekazie towarzyszą nam we wszystkich dziedzinach życia. Czytelnik zna z pewnością doznania towarzyszące obserwacji chmur czy mazów na zaparowanych szybach środków komunikacji miejskiej (widzimy w nich realne kształty); popularne, zwłaszcza w niektórych kręgach, jest też dopatrywanie się twarzy świętych w różnych przypadkowych plamach. Zjawisko to, bynajmniej nie paranormalne, nosi miano apofonii. Sensownie mówią do nas również wrażenia akustyczne – kto nie słyszał powtarzających się słów w stukocie kół jadącego pociągu? – oraz nasze wspomnienia: nasza skłonność do konfabulacji nie musi być efektem świadomego mijania się z prawdą; znacznie częściej wynika z faktu, że próbujemy nadać sens jakimś zupełnie nonsensownym odruchom lub przypadkowym impulsywnym decyzjom.
Umiejętność odnajdywania sensu w chaosie, do której zostaliśmy uwarunkowani ewolucyjnie (Michael Gazzaniga mówi o lewopółkulowym interpretatorze rzeczywistości), jest szczególnie przydatna – i szczególnie zachwycająca – u małych dzieci uczących się języka ojczystego. Zachwyt na tą zdolnością jest uzasadniony, zwłaszcza jeśli uświadomimy sobie, że małego człowieka w okresie nabywania i rozwoju mowy otacza autentyczny hałas pozbawionych sensu dźwięków dochodzących z otoczenia. Dziecko, nie dość, że musi odróżnić dźwięki językowe od tych z komunikacją niezwiązanych, to jeszcze, w przypadku tych pierwszych odgłosów, staje przed nie lada zadaniem wyodrębnienia z ciągłych wypowiedzi jej elementów składowych i nadania każdemu z nich znaczenia.
Do szukania sensu w chaosie/hałasie języka służy małemu człowiekowi tzw. parser lub analizator składni, mechanizm, który wszyscy posiadamy, czyli żadna rewelacja. Niezwykłe jednak – i nie do końca jeszcze poznane – są kryteria, jakimi parser kieruje się przy analizie zdania. Niektórzy naukowcy (na przykład Christophe i in. czy Jusczyk i in.[5]) wskazują na znaczącą rolę prozodii: to akcent wyrazowy i intonacja (oraz iloczas w językach, w których występują krótkie i długie samogłoski) analizowanej wypowiedzi podpowiadają dziecku, gdzie zaczynają się i kończą poszczególne słowa. Dużą rolę przypisuje się także elementom funkcjonalnym w zdaniu, choćby przed- i przyimkom (te akurat wskazują na rzeczowniki), czy – w językach fleksyjnych, jak polski – morfologii pomagającej identyfikować różne odmienne części mowy (pisze o tym, między innymi, Maria Golka, psycholog z UAMu). Najnowsze badania wskazują też na ważny dla przetwarzanie mowy związek – na poziomie neuronowym – pomiędzy korą ruchową a obszarami mózgu odpowiedzialnymi za rozumienie czasowników określających czynności (Hauk i in.[6]). Dzięki takim neurołączom, twierdzą naukowcy, jesteśmy genetycznie zaprogramowani do rozumienia słów: obszary mózgowe kontrolujące wykonanie czynności „podrzucają” ośrodkom analizy semantycznej słowa, które mają u siebie zakodowane/przypisane rzeczonym czynnościom. Ostatnio podkreśla się także rolę neuronów lustrzanych w przetwarzaniu języka (Hickok[7]): dzięki tym neuronom, w mózgu dziecka obserwującego artykulację osoby dorosłej uaktywniają się neurony za artykulację odpowiedzialne oraz mechanizmy odgadywania intencji, z jaką dorosły formułuje wypowiedź.
Przy całej złożoności opisanych wyżej mechanizmów, to co w tym wszystkim jest najbardziej zachwycające to fakt, że mały człowiek potrzebuje zaledwie 18 miesięcy, by odnaleźć się w językowym chaosie. Myślę, iż dzieje się tak dlatego, że procesy opisane w cytowanych badaniach wspomaga wspomniana wcześniej nieodparta potrzeba poszukiwania sensu. Potrzeba, która później, z dorosłego już językowo człowieka, czyni twórcę mondegreenów.



[1] Jedna z ponad 300 tzw. ballad Childa, popularnych angielskich i szkockich utworów tego typu zebranych w XIX w. przez Francisa Jamesa Childa.
[2] Ścięli hrabiego O’Moraya i  złożyli go na zielonym całunie/zielonej murawie;
[3] Ścięli hrabiego O’Moraya i  panią Mondegreen
[4] Oba przykłady pochodzą z dziecięctwa mojego syna Pawła
[5] Christophe A., Millotte S., Bernal S., Lidz J.  2008. Bootstrapping lexical and syntactic acquisition, Language and Speech 51, str. 61–75.
    Jusczyk P. W., Kemler-Nelson D. G., Hirsh-Pasek K., Kennedy L., Woodward A., Piwoz J. 1992. Perception of acoustic correlates of major phrasal units by young infants,  Cognitive Psychology 24, str. 252–293.
[6] Hauk, O., Johnsrude, I., & Pulvermuller, F. 2004. Somatotopic representation of action words in human motor and premotor cortex. Neuron, 41(2), str. 301–307.
[7] Hickok, G. 2010. The role of mirror neurons in speech and language processing. Brain and Language 112(1), str. 1-2.


Ballada The Bonnie Earl 'O Moray do wysłuchania TUTAJ
Jerzy Vetulani o neuronach lustrzanych i nie tylko TUTAJ

niedziela, 12 czerwca 2011

Ekologia języka polskiego: brońmy polszczyzny – przykujmy się do drzewa

W zeszły poniedziałek wybrałam się na spotkanie katowickiego oddziału Komisji Językoznawczej PAN, na wykład Stanisława Gajdy p.t.: Ekologia języka polskiego. Prelegent umieścił ewolucję języka – jako takiego; polszczyzny; języka nauki w Polsce – na osi czasu, wskazując na pewne kamienie milowe rozwoju językowego i kulturowego ludzkości: pojawienie się i rozwój pisma (6000-600 p.n.e.) czy wynalezienie i upowszechnienie druku (XV-XVIIIw.). Argumentował przy tym, że rozwój polszczyzny wpisuje się znakomicie w dzieje języka w ogóle; a rozwój języka nauki polskiej – w rozwój polszczyzny. Wykład w sumie dość ciekawy – zainteresowanych odsyłam do publikacji prof. Gajdy – choć wspomnienie o nim ma być tylko pretekstem do rozważań nieco innej natury. Prelekcja przypomniała mi bowiem artykuł, który czytałam jakiś czas temu, i który dotyczył – jak wykład na spotkaniu KJ PAN – ekologii języka, choć w rozumieniu nieco odmiennym. Mówię tu o publikacji Gary’ego Lupyana i Ricka Dale’a dotyczącym Hipotezy Niszy Językowej (Linguistic Niche Hypothesis)[1].
Zacznę od przybliżenia Czytelnikowi rzeczonej hipotezy oraz badania, na podstawie którego została sformułowana. Lupyan i Dale poddali analizie statystycznej ponad 2000 języków świata. Okazało się, że istnieje ścisły związek między ilością użytkowników danego języka a jego morfologiczna prostotą. Innymi słowy, im mniej skomplikowana fleksja – co zazwyczaj oznacza brak deklinacji i koniugacji oraz prostą konstrukcyjnie liczbę czy rodzaj – tym większe prawdopodobieństwo, że język będzie się rozprzestrzeniał. Z kolei języki często używane mają tendencje do morfologicznego upraszczania – wygrywają struktury najsilniejsze, bo ... najłatwiejsze do przyswojenia. I to one – języki i ich struktury – zajmują nisze ekologiczne tworzone przez takie zjawiska społeczne jak migracja (na przykład za chlebem). Jednym z takich języków-zdobywców jest język angielski.
Hipoteza Niszy Językowej dała mi asumpt – bezpośrednio i pośrednio – do dwóch refleksji.
Pierwsza, ta wywołana wprost przez badanie Lupyana i Dale’a, to konstatacja, z zachwytem, że język – i to per se, nie jako aktywność poznawcza użytkownika – jest niebywale prężnym organizmem-zdobywcą. Konstatacji tej towarzyszy prywatna hipoteza odwracająca (częściowo przynajmniej) implikację towarzyszącą sądom wypowiadanym na temat języka angielskiego. Powszechnie uważa się, że swoją popularność zawdzięcza on potędze – militarnej, gospodarczej i kulturowej – Stanów Zjednoczonych. W świetle badań nad ekologią języków możemy spróbować przyjąć, że zależność ta nie jest wyłącznie jednokierunkowa i że rzeczona potęga może być pochodną – a nie tylko przyczyną – popularności angielszczyzny.
Refleksja druga odnosi się do Hipotezy Niszy Językowej nie wprost, ponieważ prowadzi przez komentarz, jaki mój kolega-anglista-tłumacz wygłosił po przeczytaniu artykułu Lupyana i Dale’a. „Kolejny dowód pośredni na to, że lenistwo mamy wpisane w naturę? Ale może chociaż, skoro polski taki skomplikowany, to od siebie możemy wymagać? Zanim wyginiemy :)” – napisał. Uwaga ta natchnęła mnie do rozmyślań nad tym, czy faktycznie wyginiemy (językowo) i gdzie czyha na nas największe niebezpieczeństwo. Odpowiedź na tak postawione pytanie pojawia się często w debatach polonistów – pisałam o tym przy okazji refleksji nad Kongresem Języka Polskiego – i sprowadza się do utyskiwania na upadek norm językowych i niską kulturę językową Polaków. Powodów takiego stanu rzeczy upatruje się w słabym oczytaniu w rodzimej literaturze i – ostatnio coraz częściej – w anglicyzacji polszczyzny.
Czy faktycznie oddajemy językowo pole, gdzie najbardziej i jak bardzo grozi nam angielski, język-zdobywca? Tu także zacznę od odpowiedzi standardowo padającej po tak zadanych pytaniach: zalewa nas anglojęzyczna terminologia. Nie przeczę, że tak właśnie jest: leksyka zza kanału – czy raczej zza oceanu – jest wszechobecna; nie zgadzam się jednak, że jest to najpoważniejsze zagrożenie dla polszczyzny. Nasz język pożyczał od innych przez wieki, a zapożyczenia były, są i będą elementem rozwoju językowego. Poza tym – co pokazałam już w jednym z wcześniejszych wpisów – polszczyzna znakomicie przysposabia angielskie słowa opatrując je rodzimą fleksją. Nie oznacza to bynajmniej, że zagrożenia ze strony języka-zdobywcy nie ma. Jest i to znacznie groźniejsze, bo na swój sposób podskórne: nie dotyczy zapożyczeń leksykalnych – co do których możemy postanowić, że ich po prostu nie używamy, wybierając polskie odpowiedniki (o ile są ;-)) – lecz przetwarzanej nieświadomie składni, zwłaszcza tej tzw. delikatnej, z poziomu związków frazeologicznych. Nie raz już słyszałam, że ktoś „bierze autobus” (ang. take a bus); dość powszechna staje się także popularna angielska konstrukcja rzeczownik+rzeczownik: od pewnego czasu mamy Sopot Festiwal (zamiast Festiwalu w Sopocie) czy but-halę (zamiast hali/sklepu obuwniczego). Na dodatek dorasta właśnie w Polsce pokolenie wychowane na anglojęzycznej literaturze dziecięcej klasy B w tłumaczeniu podobnej klasy (czyli językowa bylejakość B2). Na tezę, którą zamierzam postawić nie mam żadnych empirycznych dowodów (poza zeszytem pewnego 18-latka), ale wydaje się mało prawdopodobne, aby kilkulatek bombardowany angielską frazeologią wyzierającą z każdego źle przetłumaczonego zdania przyswoił sobie język polski bez śladu składni języka-zdobywcy. Dlatego, moim zdaniem, w obronie polszczyzny powinniśmy od siebie wymagać wszyscy, krzewiąc kulturę języka ojczystego; niemniej, wyjątkowe zobowiązanie spoczywa na nas, filologach, zwłaszcza anglistach, ze szczególnym uwzględnieniem tłumaczy: brońmy ekologii języka polskiego, przykujmy się drzewa. Syntaktycznego.


[1] Lupyan, G. and R. Dale, 2010. Language Structure Is Partly Determined by Social Structure. PLoS One 5(1); http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC2798932